środa, 30 lipca 2014

Książka: Widma minionych nocy, James Blaylock

Peter od niedawna jest samotny. Jak każdy, kto przeżył rozwód i nie do końca może się z tym pogodzić, postanowił zmienić coś w swoim życiu, a może po prostu uciec. Znalazł ku temu wspaniałą okazję, no i cudowne miejsce. Peter zakupił bowiem stary, nieco podniszczony dom w kanionie Trabuco w Kaliforni, miejscu dzikim, gdzie wielu obchodzi się bez prądu, a wodę doprowadza się prosto ze źródła. Każdy dom potrzebuje jednak miłości, a ta wypełnia budynek tylko w czasie odwiedzin Dawida i Amandy - synka i byłej żony Petera. Właśnie po jednej z takich wizyt oboje znikają w niewyjaśnionych okolicznościach... Od tego momentu życie Petera przyśpiesza, a jego myśli nawiedzają wizje kobiety i chłopca w staromodnych strojach, smutnych istot, topiących się w płytkim, kamienistym jeziorku. Wkrótce okaże się, że nowy dom Peter nie bez powodu tak długo stał niezamieszkały, że kobietę z chłopcem widują też jego sąsiedzi i że oni sami również mają swoje tajemnice i pochowane w szafach trupy.

Bardzo lubię mroczne, niedopowiedziane historie, tajemnice, horrory i thrillery. Z przyjemnością sięgnęłam więc po Widma minionych nocy i wręcz upatrywałam w tej książce powrotu do gatunku, od którego całą przygodę z książką zaczynałam. No i klops... Niestety ta opowieść mocno mnie rozczarowała. Owszem, bywały rozdziały niezwykle ciekawe, jednak zaginęły gdzieś pod gruzem tych rozwlekłych i banalnych, zawierających dłużące się opisy i nie wnoszących w fabułę nic, poza słowną watą. Ponadto, książka napisana jest (tudzież przetłumaczona) w sposób niezwykle utrudniający czytanie. Dopiero ostatnie rozdziały wciągnęły mnie na tyle, żeby odwrócić uwagę od męczących zdań, które czasem nie pasowały do fabuły, czasem tylko do pozostały zdań, a czasem w ogóle do niczego. 

Sama historia, z początku, okazała się być niezwykle intrygująca. Dziwne dźwięki, postacie migające wśród drzew i spowijający wszystko wiatr, wydawały się być przepisem na gwarantowany sukces. I być może byłyby nim, gdyby tajemnicze widma nie snuły się po prostu beznamiętnie po całej książce, gdyby nie tłum, w sumie całkiem niepotrzebnych postaci i gdyby nie zakończenie, na które tak bardzo czekałam i które po prostu się stało, nie wnosząc do fabuły zupełnie niczego.

Całość to niestety napompowana ulotka, bo mam wrażenie, że tyle właśnie mogłaby zająć faktyczna treść Widm. Duży plus za pomysł. Wielki minus za jego rozwinięcie i zakończenie. Ciężki styl, nie pozwalający skupić się na książce, a co za tym idzie wciągnąć w nią. Polecam tylko na prawdę ciekawskim.

foto net

4 komentarze:

  1. Już sama okładka przeraża...

    OdpowiedzUsuń
  2. Kupiłam ją w promocji wieczność temu i coś czuje, że nie prędko po nią sięgnę... ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Okładka zapowiadała się ciekawie... Ale recenzja odradziła. Nieźle piszesz, tylko trochę dziwnie czyta mi się taką wielką czcionkę ;)

    OdpowiedzUsuń

lubię, jak zostawiacie mi komentarze :3