niedziela, 4 października 2015

Książka: Łza, Lauren Kate

Jak to się mogło stać? Diana umarła. Została zabita! Tak właśnie było. Zabiła ją fala, okrutny, nieposkromiony żywioł. I przypadek. Bo przecież jak to się mogło stać? Jak wjechały na ten przeklęty most? Tylko one. Ruch został wstrzymany, zamknięty i tylko ich mały samochodzik, jej zielone oczy i hipnotyzujący śmiech. Fala pojawiła się znikąd i porwała je ze sobą w malutkiej, metalowej puszce. Ona również powinna była utonąć. Nie pamięta jak znalazła się na brzegu, to wydawało się zupełnie nielogiczne: Diana umarła, ona pozostała żywa. Chciała do niej dołączyć, ale ją odratowano. I po co? Świat nie był już taki sam; nie był pełny; istniał, ale nie było w nim Diany… jej też już tu nie było.

Eureka wróciła do szkoły i do swoich przyjaciół, Cat i Brooksa. Zamieszkała z ojcem, macochą i bliźniakami nad bagnistym bayou, ale nic nie było już takie samo, wyblakło, przeszło na drugi plan – na pierwszym była zaś jej rozpacz. Aż do chwili, w której blady chłopiec, tylko trochę starszy od niej, z całym impetem wjechał swoim chevy w jej czerwoną Magdę. Powiedział, że wszystkim się zajmie, wręczył swój numer i zniknął. Od tej pory pojawiał się z Nienacka. Każde kolejne spotkanie kosztowało Eurekę kawałek duszy. Jej życie biegło teraz ścieżką, wyznaczaną przez tajemniczy spadek, bladego chłopca i rodzinne tajemnice.

Są książki, co do których nie jestem pewna: tego, czy chciałabym przeczytać ich kontynuację; tego, czy tak naprawdę chciałam przeczytać je same; tego, czy naprawdę je przeczytałam. No cóż. Tę książkę przeczytałam, ale nie jestem tego pewna. Łza to pierwszy tom sagi o tej samej nazwie. Jej główną bohaterką jest młodziutka Eureka oraz grono jej najbliższych przyjaciół i rodzina. I przyznam się, że sam pomysł, może nawet zamysł fabuły bardzo mi się podoba i trafia gdzieś głęboko, w niedojrzałe jeszcze części mojej trzydziestojednoletniej już świadomości, które zgodnie kłamią, że ekscytacja literaturą przeznaczoną dla o połowę młodszych czytelników, wciąż jest na miejscu. I w sumie mogłaby być na miejscu, gdyby nie kilka zgrzytów. Bo coś tu jednak nie gra i zastanawiam się tylko, czy jest to kwestia przekładu, czy oryginału. Chwilami gubiłam się w wypowiedziach bohaterów, chwilami fabule brakowało nieco logiki, chwilami akcja toczyła się niczym w filmach z Jamesem Bondem, podczas gdy wygłaszane w tym samym czasie dialogi, przypominały raczej rozważania młodego Wertera.

W każdej czytanej książce staram się znaleźć pozytywne aspekty. Mocną stroną Łzy jest z pewnością tajemnica (to zawsze jest ciekawe), a więc chwyt dość pospolity. Wszystko kręci się wokół tajemniczego spadku: starej księgi, zapisanej dziwnym pismem, naszyjnika z medalionem i skrzyneczki, schronienia dla czegoś, zwanego Kamieniem Gromu. Niewiedza głównej bohaterki i przewijający się motyw Atlantydy, od zawsze fascynującej ludzi, zatopionej, legendarnej wyspy, tworzą klimat powieści i sprawiają, że czytelnik chce poznać zakończenie. Autorka rozpala ciekawość i sprawia, że brniemy przez kolejne kartki, następne rozdziały. I na koniec okazuje się, że nie do końca było warto. Nagle mamy wrażenie, że to kolejny odcinek serialu science-fiction z lat 90-tych – dobry zamysł, kiepska realizacja. Bo dziś czytelnik pragnie czegoś więcej, choć w tej pozycji jest coś intrygującego i przyznam się nieśmiało, że jestem ciekawa dalszych losów bohaterów, choć nie jestem już pewna, czy chciałabym poświęcić czas na czytanie o nich… Wolałabym chyba, żeby ktoś streścił mi je w kilka minut. Wystarczy.

Wyzwanie POPSUGAR "A book set in a different country"

2 komentarze:

  1. Ta książka jest... intrygująca, ale nie jestem do niej przekonana. Chociaż ostatnim czasem właśnie tak tajemnicze historie, o dziwo zaskakują mnie pozytywnie.
    Pozdrawiam
    A. :)

    http://chaosmysli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Matko! Pierwszy raz przeczytalam recenzje ksiazki z takim zaciekawieniem! Piszesz książki ? Powinnas!

    OdpowiedzUsuń

lubię, jak zostawiacie mi komentarze :3