poniedziałek, 29 czerwca 2015

Książka: Pandemia, Jana Wagner

Ania mieszka z Sieriożą pod Moskwą. Nigdy nie sądziła, że czekała na tego mężczyznę całe życie, że będzie z nim taka szczęśliwa w tym pięknym ażurowym domu, który zbudował specjalnie dla nich. Wiodą spokojne życie, choć to nie brak trosk takim je uczyniło. Ania nie pyta. Wie przecież, że jej mężczyzna regularnie odwiedza swojego małego synka. No i ją. Jeździ do nich, bo mu zależy. Na chłopcu oczywiście. I jej mogłoby zależeć, ale Ira, była żona Sierioży, skutecznie zapobiega jakimkolwiek kontaktom między jej synem, a tą drugą, nową kobietą. Anna też ma syna, Miszkę, ale to już nastolatek, trochę zbuntowany chłopak, który odpycha jej, wyciągające się do matczynych pieszczot, ręce. Brakuje jej tego i z pewnością chętnie wpuściłaby do swojego życia tego małego chłopca, syna Sierioży. Ale tak to już jest, że nie wszystko zależy od nas, nie na wszystko mamy wpływ. Na to co stało się w Moskwie też nie miała żadnego wpływu. Wirus pojawił się znikąd i szybko pojawiały się nowe przypadki. Przypadki… W mieście mieszkała jej matka. Ona też zachorowała. Stała się przypadkiem, jedną z wielu ofiar. Chcieli ją stamtąd zabrać, ale kiedy się na to zdecydowali miasto było już otoczone wojskowym kordonem, drogi wjazdowe i wyjazdowe zablokowano. Kwarantanna. To straszne słowo podtrzymywało w narodzie iluzję kontroli. Bo przecież ktoś nad tym wszystkim czuwał. Ktoś odciął od świata to biedne miasto, ktoś próbował opanować sytuacje. Ten ktoś jednak zawiódł. Nie tylko w Moskwie, ale we wszystkich większych miastach świata. Nagle dotarło do nich, że sytuacja wyrwała się spod tej nieudolnej kontoli, której być może nawet nigdy nie było. I wtedy przyjechał ojciec Sierioży. Musieli uciekać – w ich pachnącym nowością i miłością domu nie było już bezpiecznie. Bezpiecznie było tam, gdzie byliby sami, z dala od ludzi i od wszechobecnej, bezlitosnej choroby…

Pandemia to książka drogi, o ile taki gatunek w ogóle istnieje. Jeśli nie, to z chęcią go stworzę tylko po to, by kolekcjonować kolejne pozycje pokroju tej, którą popełniła Jana Wagner. Okazuje się bowiem, że autorka stworzyła niezłą wizję, całkiem realnej wersji, apokalipsy.

Powieść całkowicie mnie przekonuje. Nie ma tu błąkających się bez celu zombie; nie ma tajemniczego wirusa, efektu tajnych badań nad bronią biologiczną; nie ma nadprzyrodzonych mocy i inwazji obcych. Jest grypa. Niezwykle zaraźliwa, nieznana dotąd odmiana, o ciężkim, zazwyczaj śmiertelnym, przebiegu. Krótki okres inkubacji i początkowy brak objawów dają chorobie przewagę. Zarażona osoba wkrótce słabnie, dostaje wysokiej gorączki i ma szczęście, jeśli umiera nieświadoma męczarni, na które skazuje jej ciało choroba. Czy istnieje lekarstwo? Prawdopodobnie nie, ale nie to jest w tej historii istotne, ponieważ bohaterowie nie zamierzają walczyć z wirusem. Zamierzają przetrwać, co w ogarniętym paniką i bezprawiem świecie staje się rzeczą dość trudną.

Tego typu książki i filmy zazwyczaj stanowią pretekst do podróży w głąb ludzkiej natury. Taka jest też Pandemia, w której autorka doskonale pokazała strach, wzbudzany w człowieku przez nieznane zagrożenie. Obłęd, paranoja i wszechobecna podejrzliwość towarzyszą świadkom tego rodzaju wydarzeń. W nowej rzeczywistości niewielu zachowuje dawne normy moralne, niewielu wierzy, że ktoś wciąż mógłby kierować się zwykłą życzliwością. Bezinteresowna pomoc to w tych czasach towar deficytowy, bardziej nawet niż benzyna, czy żywność, które szybko stają się trudno dostępne. Bo chodzi tylko o to, żeby przetrwać, żeby dojechać do celu, nie to, co stanie się z nami po drodze.

Wyzywanie POPSUGAR "A book with a one-word title"

foto net

czwartek, 25 czerwca 2015

złoto Azteków


Znam bardziej letnie mani niż ten, który dziś Wam prezentuję, ale przyznam, że patrząc jedynie za okno łatwo się ostatnio pogubić...


Więcej o płytce Qgirl 032 BB dla paznokci
Więcej o lakierze GR Rich Color 132 serce na dłoni

wtorek, 16 czerwca 2015

zbędny przydatnik


Żel do usuwania skórek, 12 ml, Eveline, cena 16,99 zł

ocena:
Nie wiem czy pamiętacie moją przygodę z tego typu kosmetykiem Cuticle Remover, Manhattan. Wtedy byłam bardzo rozczarowana i zapewne nie skusiłabym się na zakup kolejnego 'skórkowanego usuwacza', ale ten sam wepchnął się w moje ręce. No i cóż, zostanie ze mną, póki koniec tubki nas nie rozłączy, a potem kupię sobie kolejną. Okazało się bowiem, że istnieje magiczny sposób na wprawienie niechcianych skórek w stan zniknięcia.


Dzięki precyzyjnej końcówce żel łatwo się nakłada. Już po chwili (a tak naprawdę po 30 sekundach) skórki gotowe są do odsuwania. Jest to czas wystarczający na aplikację kosmetyku na wszystkie paznokcie, nie musimy więc na nic czekać, niecierpliwie zerkając na zegarek, który nagle wydaje się cofać. Żel nie niszczy paznokci i nie wysusza skóry palców, zostanie więc ze mną na długo :)


Peel Off Bese Coat, 8 ml, Miss Sporty, cena ok 8 zł

ocena:
No niestety, nie zostanę fanką tego produktu. Baza miała pomagać w zmywaniu lakierów z drobinkami - brokatowych i piaskowych. Położona na skórę wokół paznokcia, miała zabezpieczać ją podczas stemplowania i wszelkich zabiegów zdobiących, ale i brudzących. Miała, ale czy to robi? Teoretycznie tak, ale niestety jej ściąganie nie jest czystą (zamierzona gra słów) przyjemnością. Baza ciągnie się, jakby nie umiała prawidłowo zaschnąć, z jednej strony zapobiegając zabrudzeniom, z drugiej je powodując. Z pewnością nie tego się spodziewałam i jestem nieco zawiedziona. Nie kupię ponownie :/


Dozownik taśmy, Born Pretty, cena 2,90 $

ocena:
Nie jest to gadżet niezbędny, ale zdecydowanie przydatny. Przede wszystkim ułatwia korzystanie z taśmy, której końca nie trzeba już ciągle szukać. Wprowadza też element ładu i pomaga w organizacji mojego pudełka-ze-wszystkim-do-paznokci, co pozytywnie wpływa na moje nerwy... Ma więc zastosowanie czysto terapeutyczne! Ot, taka ciekawostka, która nieco ułatwia życie...



Książka: Co, jeśli..., Rebecca Donowan

Richelle wciąż dokądś biegła. Pełna wiary w ludzi optymistka, uśmiechnięta i energiczna pokazywała im zawsze lepszą stronę życia. Dla przyjaciół zrobiłaby wszystko.

Rae była przeciwieństwem Richelle. Ironiczna, zamknięta w sobie drobna dziewczyna, o artystycznej, zbuntowanej duszy. Nie rozmawiały wiele, ale spędzały razem mnóstwo czasu. Były przecież przyjaciółkami.

Cal w swoich niedopasowanych okularach szybko stał się obiektem kpin i docinków rówieśników. Był jedynym chłopcem w tym wieku na całej ulicy. Szczupły i niepozorny trzymał się blisko Rae i Richelle. Tej drugiej może nawet trochę bliżej.

Nicole dołączyła do nich w wakacje przed czwartą klasą. Była jak pięknie opakowany świąteczny prezent. Wciąż wygładzała przód sukienek, które miała chyba w każdym możliwym kolorze. Chodziła po woli, jak młoda dama. Nie wolno było się jej pobrudzić. Wszystko po to by mamusia i tatuś byli z niej dumni, by ich nie zawieść. Miała iść na Harvard. Tak zaplanował tatuś. Dopasowała się. Długo się dopasowywała. Aż do tej pamiętnej kłótni w dzień po maturze.

Problem w tym, że nie pamiętał tego zbyt dobrze. Strzępki wspomnień błąkały się po jego głowie i za nic nie chciały połączyć w całość. Cal był wtedy pijany. Opijał zdaną maturę. Ledwo przytomny słyszał kłótnię jedynie z daleka, przechodząc obok domu Nicole. Odwróciła się od nich. Zaraz po wyprowadzce Richelle, Nicole również zniknęła z ich życia, traktując jak powietrze. Zostali we dwójkę, Cal i Rae. Nie wiedzieli czemu, choć Cal często się nad tym zastanawiał. Jakaś niewidzialna nić łączyła go z tą idealną dziewczyną od chwili, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, w wakacje przed czwartą klasą. Po kłótni, której był mimowolnym i nie do końca świadomym świadkiem, zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu. Przestała kontaktować z rodziną, z popularnymi przyjaciółkami, dla których była tylko ozdobą. Wyjechał, więc dowiedział się o tym dopiero w wakacje po pierwszym roku studiów. Nie mógł uwierzyć, że nikt nie przejął się jej milczeniem, jej nieobecnością. Nie chciał tak tego zostawić, ale musiał wracać Crenshaw. I tam ją zobaczył. W kawiarni. Wpatrywał się w nią, ale go nie poznała. Przedstawiła się jako Nyelle i od tej pory nie przestawała zmieniać jego życia…

Rebecca Donovan to autorka, która kupiła mnie serią Oddechy. Po kolejną jej książkę sięgałam więc z przyjemnością i ciekawością. Tym razem jednak trochę się rozczarowałam. I przyznam szczerze, że nie potrafię do końca sprecyzować czemu.

Narracja prowadzona jest jednocześnie na kilku płaszczyznach. Akcja rozgrywa się przede wszystkim współcześnie, ale klucz do wydarzeń tkwi w przeszłości. Autorka umiejętnie dawkuje kolejne elementy układanki, każdy rozdział kwitując retrospekcją. Są to wspomnienia Richelle i Nicole, opowiadane z ich perspektywy. Wspomnienia Cal’a, wplecione w główny wątek, nie zachowują chronologii i są dość subiektywne, co potęguje atmosferę tajemnicy i podsyca ciekawość czytelnika. I jeśli czytałabym Co, jeśli… nie znając trylogii Oddechy, zapewne byłabym zachwycona i poruszona. Widzę tu jednak dużo powtórzeń, kalek zabiegów zastosowanych już w poprzednich książkach. Mam wrażenie, że coś tu nie gra, że ta książka nie jest autentyczna, że wpisuje się w popularny ostatnio temat („Który?” zapytacie, ale to musicie odkryć już sami.) i trochę na siłę próbuje wymusić na odbiorcy konkretną reakcję, której on sam nie może jednak na sobie wymusić.

Czy polecam? Tym, dla których będzie to pierwsze spotkanie z autorką z pewnością tak.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Feeria


Wyzywanie POPSUGAR "A book published this year"

czwartek, 11 czerwca 2015

Książka: Popioły piekła, Carmen Santos

Kiedy młodziutka Valentina poznała silnego i przystojnego Gervasia, była przekonana, że ich drogi splotły się już na zawsze w jedną, prowadzącą do szczęścia i pełną wzajemnej miłości. Jako służący w pałacu markizów de Tormes w Madrycie, oboje mieli pozycje dość wysokie, choć drogo opłacone ciężką pracą. Valentina nie pragnęła jednak niczego więcej; służyła swojej Pani z pełnym oddaniem, pojętna i inteligentna, ale też skromna, cieszyła się każdym dniem, uczyła szybko, a z każdej pracy wywiązywała rzetelnie. Gervasia, którego maniery i bystrość pozostawiały nieco do życzenia, przepełniały natomiast młodzieńcze wizje dalekich podróży i, czekającej gdzieś na ich końcu, fortuny. Marzył o wyprawie do Nowej Ziemi, gdzie nawet biedak mógł stać się bogaczem, gdzie służący mógł zostać markizem, gdzie on mógłby podarować ukochanej Valentinie cały świat. Zakochana dziewczyna, choć pełna obaw i złych przeczuć, dała się przekonać wizji mężczyzny, którego tak miłowała i któremu ufała bez reszty. Któregoś dnia, wyruszyli więc maleńkim statkiem przez ogrom oceanu, wprost w paszczę Karaibskich marzeń. Jednak los szykował im drogę, której żadne nie mogło się spodziewać. Gervasio zachorował gdy tylko brygantyna opuściła hiszpański port, a jego wycieńczone chorobą morską ciało nie sprostało ciężarom podróży. Przerażona i samotna Valentina pozostała sama na obcej ziemi, bez przyjaciół, bez pomocy i bez perspektyw. Nieprzytomna ze strachu, kierowana dumą młodej wdowy, odrzuciła jedyny płomyczek, który mógł ogrzać ją w tym nieprzychylnym świecie - oświadczyny zakochanego w niej od pierwszego wejrzenia przyjaciela, pełnego ideałów lekarza Tomasa Mendozy. Ta jedna decyzja miała na zawsze zmienić jej życie, jej miała jeszcze długo żałować. Jako piękna, biała i samotna kobieta, na Karaibach mogła zarobić na chleb tylko w jeden sposób, ale nigdy nie zgadłaby, że był to dopiero początek jej historii…

Popioły piekieł to pierwsza część rodzinnej sagi i zapowiedź dalszych losów głównej bohaterki, przybyłej na Kubę Hiszpanki, Valentiny. Niestety w takiej formie książka nie zachęca do sięgnięcia po kolejne tomy, i mimo że wciąż pozostaje we mnie ociupina ciekawości, nie skuszę się na żadną z nich. Akcja, co tu dużo mówić, jest praktycznie niezauważalna pośród zupełnie nieistotnych scen, dłużących się opisów i powtarzających się zdań; rozciągnięta do granic możliwości i ponad 400 stron, staje się w którymś momencie dość nużąca i przewidywalna. Całości dopełnia infantylny język, proste sformułowania, które jakoś rażą w konfrontacji z podniosłością scen, której wrażenia autorce ostatecznie nie udało się osiągnąć.

Zazwyczaj dużą wartością książek osadzonych w innych czasach, w innych szerokościach geograficznych i w specyficznym środowisku, może być właśnie opis powyższych. W Popiołach piekieł wszystkie cenne informacje odpływają jednak gdzieś daleko, na statku powracającym z Kuby do wybrzeży Europy i pozostają tam, skutecznie wyparte szczegółami, dotyczącymi życia XIX-wiecznych kubańskich prostytutek i utrzymanek. I choć zagadnienie samo w sobie jest dość ciekawe, a codzienne rytuały i różnego rodzaju reguły dotyczące dziewczyn i personelu luksusowego domu uciech, mogą zaskakiwać, to wiedza ta staje się szybko monotonna, bo nie urozmaicona żadną inną informacją – oczywiście prócz tych, dotyczących aktualnych stanów emocjonalnych głównej bohaterki. Dodatkowo opisy te stają się w pewnym momencie bardzo podobne, czasem wręcz się powtarzają, jakby autorka nie do końca wierzyła w skupienie czy pamięć czytelnika i postanowiła co jakiś czas przypominać mu pewne informacje.

Czas poświęcony na lekturę nie był straconym i polecam ją wszystkim, którzy do tej pory nie mieli styczności z literaturą odnoszącą się do realiów ówczesnych Karaibów. 

Za książkę dziękuję portalowi sztukater.pl


Wyzwanie POPSUGAR "A classic romance"

wtorek, 9 czerwca 2015

BB dla paznokci


BB Care and Manicure nr 2, Wibo, 8,5 ml, cena 6,99 zł

ocena:
BB od Wibo to jeden z lakierów, które wygrałam w konkursie zorganizowanym przez Paznokciowe Lovee. Sama chyba nie zdecydowałabym się na jego zakup, choć kilkakrotnie widziałam go w drogeriach. I kusił. Niestety nie wiele bym straciła kupując go, no może prócz siedmiu złotych.
Lakier połączony z odżywką, zasługuje na ogromny plus za kolor i za stan lekkiego nawilżenia paznokci tuż po zmyciu. Już po jednym dniu poprawił się również ich kolor. Jednak żeby osiągnąć efekt pełnego krycia, potrzebne są dwie warstwy, z czego druga powinna być grubości 3 pierwszych :P Ponadto nie sposób nałożyć drugiej warstwy lakieru bez pozostawienia smug, zacieków i tym podobnych, mimo że konsystencja kosmetyku i łatwość w nakładaniu pierwszej warstwy nie wskazywałaby na możliwość wystąpienia takich problemów. Mój kolor na paznokciach jest jaśniejszy i bardziej różowy niż to, co widać przez szybkę buteleczki, choć całość trudno było uchwycić mi na zdjęciach, na których wszystko wygląda praktycznie tak samo. Nie zdecyduję się na kolejne produkty z tej serii :/

płytka Qgirl 032, Born Pretty, cena 2,99 $

ocena:
O płytkach od BP trudno powiedzieć coś złego i przy każdej kolejnej recenzji muszę się praktycznie powtarzać. W przypadku płytki Qgirl 032 stemplowanie to po prostu przyjemność. Okrągła płytka o średnicy 55 mm jest dość spójna stylistycznie; znajdziemy tu wzory stylizowane na azteckie, indiańskie czy chińskie. Wzór przeznaczony na całą płytkę, na który z początku w ogóle nie zwracałam uwagi, stał się nieoczekiwanie moim ulubionym. W dodatku jest niezwykle prosty w odbijaniu...

piątek, 5 czerwca 2015

Książka: Magiczne drzewo. Cień smoka, Andrzej Maleszka

Trójka przyjaciół, Gabi, Kuki i Blubek, przygotowują się do szkolnych testów końcowych, choć w przypadku chłopców to znaczne nadużycie tego słowa. Ci jednak pozostają spokojni. Mają w zanadrzu magiczną kostkę, która sprawi, że na czas egzaminów staną się nadzwyczaj mądrzy. Sprawi lub nie, ponieważ każdy magiczny przedmiot może zarówno pomóc, jak i zaszkodzić: poproszona o coś kostka chętnie spełni życzenie, pod warunkiem, że wypadnie na niej szóstka. Jedynka zaś spowoduje spełnienie odwrotności życzenia, a co z tym idzie, kłopoty, katastrofy i nieprzewidziane ciągi zdarzeń. I tym razem kapryśny przedmiot pokaże swoją gorszą stronę, a żeby odwrócić szkody, przyjaciele wyruszą w drogę pełną przygód. Towarzyszyć im będzie Budyń, gadający kundelek.

Cień smoka jest szóstą częścią, przeznaczonej dla młodzieży, serii Magiczne drzewo, którą można czytać niezależnie od pozostałych tomów. Cały cykl rozpoczyna Magiczne drzewo. Czerwone krzesło, z której dowiadujemy się, że w roku dwutysięcznym, przechodząca nad Doliną Warty burza, powaliła stary dąb. Drzewo okazało się magiczne, a cząstka tej magii pozostała w przedmiotach, które zostały wykonane z jego drewna. Autorem powieści jest jednocześnie reżyser i twórca trzynastoodcinkowego serialu o tym samym tytule co cykl powieści, Andrzej Maleszka. I muszę przyznać, że książkę rzeczywiście czyta się trochę jak scenariusz filmowy. Niestety, brak tu pola dla wyobraźni, wszystko jest bowiem tak dokładnie opisane, że aż płaskie i nierealne i nieco przypomina czytanie suchych faktów z encyklopedycznych haseł.

Ta książka bardzo mnie rozczarowała. Spodziewałam się lekkiej i ciekawej bajki, czegoś, dzięki czemu na chwilę zapomnę o wszystkim, z wyjątkiem kubka herbaty w ręku i miękkiej podusi pod główką. Tym czasem pozycja okazała się nieporadnym koszmarkiem. Nie do końca mogę oceniać sam język, bo mimo wszystko będzie to ocena dorosłego, a książka przeznaczona jest dla młodszych czytelników. Mam jednak wrażenie, że trochę tu za dużo zdań, za dużo dosłowności i w ogóle za dużo wszystkiego. To tak, jakby autor opisywał jedną scenę z kilku ujęć - to co w scenariuszu jest zapewne przydatne, w książce razi i sztucznie przedłuża narrację, nadając jej dziwnej, nienaturalnej dynamiki. Akcja? Owszem jest: wartka i obfitująca w ciągłe zwroty, ale tego też można mieć w końcu dość. Czytelnik nie ma w tej opowieści miejsca dla siebie, a autor jakby w ogóle o nim zapomina i w końcu historia po prostu nie wciąga, nie fascynuje, a tylko wypluwa z siebie kolejne zdarzenia i mniej lub bardziej zaskakujące rozwiązania.

Ponadto, dużo (znów!) jest tu pewnych denerwujących powtórzeń, jak na przykład nadużywana przez bohaterów, w sumie dość dowolna kombinacja słów „niezwykle”, „strasznie”, „niebezpieczna” i „groźna”, odmienianych przez wszystkie dostępne w języku polskim osoby i liczby. Irytujące słowo „trach” urasta na kartach powieści do wkurzającego TRACH, które (chyba) miało wzmacniać różnego rodzaju upadki, uderzenia i tym podobne, tym czasem jedynie rozprasza i czyni książkę jeszcze bardziej infantylną.

I na koniec wisienka, czyli grafiko-ilustracjo-NieBawSięFotoShopemJeśliNieUmiesz-cosie. Strach się bać, strach patrzeć i przede wszystkim nieco wstyd. Choć jest jedna zdecydowana zaleta, skąd inąd dość licznych, ponieważ pojawiających się co kilka stron, ilustracji: mniej miejsca pozostaje na tekst.


Moja ocena? Dużo tu ciekawych pomysłów i chcę wierzyć, że na ekranie tworzą one zgrabną całość. W postaci książki Magiczne drzewo mnie niestety nie przekonuje.

Za możliwość przeczytania dziękuję portalowi sztukater.pl


Wyzwanie POPSUGAR "A book with more than 500 pages"

foto net

środa, 3 czerwca 2015

pastelowe morze



naklejki, białe muszle, Born Pretty Store, cena 2,10 $

ocena:
Pamiętam, jak w poście koronka twierdziłam, że więcej nie skuszę się na tego typu ozdobę. Przyszło lato, atmosfera sprzyjająca klimatom muszlowo-morskim, no i stało się. Czy stałam się posiadaczką kolejnego naklejkowego koszmarku? No więc nie i jestem tym faktem równie zaskoczona, co i Wy. Okazuje się, że nie tylko naklejki wodne mogą być cieniutkie, a dzięki temu także uległe w stosunku do kształtu paznokietka. Te pierwsze oczywiście zostają poza konkurencją, ale muszelki od BP całkiem nieźle się sprawują, a przy tym wyglądają obłędnie. Dużym minusem jest jedynie moment zmywania całości, ponieważ trzymają się niczym najtrwalszy brokat, i to taki dużego kalibru, natomiast przy próbach jakiegokolwiek podważenia rwą się, rolują i bardzo utrudniają pozbycie.