sobota, 4 czerwca 2016

a trip to: Wilno


Wilno nie zachwyciło mnie tak jak tego oczekiwałam. Choć jedzenie było dobre, widoki zacne i towarzystwo też niczego sobie, to do tego miejsca już raczej nie powrócę...


Co zobaczyć?

Wilno to miasto kościołów i to bardzo zróżnicowanych, zarówno pod względem architektury, wystroju, wyznania, jak i samego stanu zachowania. Niektóre z nich, prócz funkcji sakralnej, stały się też miejscami kultury.




Dzielnica Żydowska jest mała, ale za to pełna jedzenia, sklepów vintage i rękodzieła.



Zawodzie to artystyczna dusza tego miasta. Tu po prostu trzeba pobyć, usiąść, trochę się zgubić.




Murale, instalacje i detale (czasem dziwaczne) to również część Wilna, na którą nie zawsze zwracamy uwagę - a warto :)



Co zjeść?

W Wilnie królują przystawki. Są oczywiście specjalne talerze lokalnych serów czy mięs (słynne wędzone świńskie uszy były grane podczas wyjazdu, ale ostatecznie pozostały na talerzu), jednak warto zwrócić również uwagę na inne, ciekawe pozycje, jak bruchetty z pastami i pasztetem własnego wyrobu.


Oprócz obowiązkowych zepelinów (mięsnych lub serowych), serwowanych w knajpkach z lokalną kuchnią, w Wilnie znajdą się również potrawy kuchni gruzińskiej czy żydowskiej. Jeśli chodzi o tę ostatnią to polecam Beigelistai, gdzie precle są pyszne, a kawa wręcz cudowna.



czwartek, 2 czerwca 2016

Książka: Oczyszczenie, Andrew Miller

Czy place budowy są przygnębiające? A place destrukcji? A jeśli tak, to czyż ta destrukcja, te unicestwienie nie służy jakiejś przyszłej idei? Czyż nie ma tam celu? Zamysłu? Czy nikt nad tym nie czuwa? Bo przecież ktoś musi.

Jean-Baptiste Baratte to doprawdy utalentowany młody człowiek. Inżynier. A to przecież coś znaczy. To dla niego ogromna szansa. I oczywiście, nie ma tu miejsca na skrupuły. Jeśli nie on, to kto? Ktoś inny, to rzecz jasna. Nie może więc odmówić, choć całe przedsięwzięcie nie napawa optymizmem. Ba! Z pewnością nie będzie chwalił się tym projektem. A przynajmniej na razie. Lepiej zachować to w tajemnicy. Oczywiście nie jest to coś zdrożnego, inaczej w ogóle nie byłoby o tym mowy. Przecież oddaje to miejsce w ręce ludu, to praca dla społeczeństwa, dla społeczności; jest tam więc jakiś wyższy cel, jakieś dobro, które osiągnie na końcu drogi. Choć droga będzie to z pewnością wyboista. Ale cicho sza! Nic nikomu nie mówić. Bo chociaż cmentarz stał się już dawno uciążliwy, zarówno dla miasta, jak i dla bezpośrednich swoich sąsiadów, to cmentarzem wciąż pozostaje. I choć sąsiedztwo wyżej już wspomniane, z pewnością będzie później ukontentowane, to samo przedsięwzięcie może wzbudzić pewne… niepokoje. Bo to jednak zmarli. Czyż nie należy im się wieczny spoczynek? Czyż nie za nimi już te wszystkie przeprowadzki, podróże, przemieszczanie się jako takie? Czyż nie powinni mieć wiekuistego spokoju? Ależ przecież będą go mieć; kości zostaną godnie przetransportowane w inne, uświęcone miejsce. Pojadą wozami, pod eskortą modlących się mnichów. Nocą. Nie z powodu tajemnicy. Po prostu. Dla ogólnego spokoju. Spokoju tych wciąż żywych…

Tuż przed wybuchem Rewolucji Francuskiej Paryż borykał się z ogromnym problemem przepełnionych cmentarzy miejskich. Tak na prawdę była to bolączka wielu europejskich stolic, ale chyba tylko francuska metropolia zmagała się z nią na taką skalę. I nie chodziło jedynie o zapach, wciąż unoszący się nad mogiłami, o wyziewy, które wkrótce uznano za trujące, czy w końcu zanieczyszczenie gleby i wód gruntowych, o czym dopiero zaczynano mieć pojęcie. Kroplą, która przepełniła czarę goryczy byli sami zmarli, dosłownie zabierający miejsce żywym. Kiedy po ulewnych deszczach niezabezpieczone, podmyte groby zaczęły uwalniać tych, którzy powinni pozostać w nich już na zawsze, a szczątki posypały się do mieszczańskich piwnic, posypała się również lawina protestów, petycji i niepokojących raportów, a władze postanowiły działać. W roku 1765 rada miasta zakazała tworzenia nowych nekropolii w obrębie murów Paryża, a pięć lat po zamknięciu Cmentarza Niewiniątek, w roku 1785 dokonano na nim ekshumacji i oczyszczenia placu. Miejsce to miało zostać odzyskane dla miasta i jego mieszkańców. Ostatecznie powstał tu targ warzywny i fontanna, a Plac zachował nazwę po dawnym cmentarzu.

Andrew Miller opisuje proces likwidacji cmentarza w sposób niezwykły, bo nie jest to suche opracowanie naukowe czy reportaż, ale subiektywne spojrzenie fikcyjnej postaci, odpowiedzialnego za przedsięwzięcie inżyniera. Wraz ze znikającym miejscem spoczynku znika też postać Jeana-Baptista, młodego prowincjusza, którego poznaliśmy na początku powieści. Ta niezwykła symbioza miasta z człowiekiem, którą obserwujemy również dzięki charakterystyce innych postaci, tworzy nieco przytłaczający i ciężki klimat książki, którą zdecydowanie polecam.

*w 2011 roku za książkę Oczyszczenie Andrew Miller otrzymał nagrodę Costa Book of the Year Award.

wtorek, 31 maja 2016

poniedziałek, 16 maja 2016

sangwina, węgiel i biała pastel na papierze pakowym



sangwina, węgiel i biała pastel na papierze pakowym

niedziela, 15 maja 2016

złocenia

Na starość człowiek zaczyna pragnąć luksusu. Przestaje się też godzić z zielonymi przebarwieniami, pozostawianymi na jego skórze przez sztuczną biżuterię. Zaczyna więc szukać produktów pozłacanych lub też wykonanych z samego złota. Okazuje się, że kto szuka nie błądzi, nie jest jednak wolny od pokus i od pomyłek. Pierwsza zasada, to pytać. A o co pytać?

1. Ze złota jakiej próby wykonany jest przedmiot? 
Warto o to pytać i porównywać. Czasem podobny wyrób, ale o wyższej próbie, kupimy w tej samej cenie na targach, czy u mniej znanego jubilera.

2. Co ukrywa się pod warstwą złocenia?
Jeśli inwestujemy w produkt pozłacany, dobrze jest wiedzieć co jest pod spodem. Po pierwsze możemy być uczuleni na metal podstawowy, po drugie wyroby miedziane i srebrne są często porównywalne cenowo, ale te srebrne nie sprawią nam niemiłej niespodzianki.

3. Czy sklep/wykonawca daje gwarancję i czy oferuje ponowne złocenie?
To dość istotne, ponieważ niektóre sklepy dają półroczną gwarancję na produkty wykonane ze złoconej miedzi, inne 2-letnią na te, wykonane ze złoconego srebra. To dość istotna różnica, zakładając, że wyroby te maja zazwyczaj podobną cenę.


bransoletka, srebro złocone, Mokobelle
Mokobelle oferuje typowe łańcuszkowe bransoletki, naszyjniki i kolczyki. Biżuterię możemy projektować również samodzielnie, a elementy są wykonane ze złoconego srebra.


obrączka, złoto próba 333, Apart
Tę markę znają chyba wszyscy. Okazuje się jednak, że sklep oferuje również biżuterię w kolorze złotym, ale niekoniecznie ze złotem mającą cokolwiek wspólnego! Warto się więc dopytać, bo nie wszystko złoto co się świeci.


bransoletka, srebro złocone, Ania Kruk
U Ani Kruk znajdziecie delikatną, trochę nowoczesna, a trochę romantyczną biżuterię srebrną oraz złoconą. Ceny są wyrobów przystępne, obsługa przemiła, a w ramach 2-letniej gwarancji przewidziano ponowne złocenie produktu.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Książka: Płaczący chłopiec, Agnieszka Bednarska

Horror, fantasy, dramat z elementami fantasy? Sama nie wiem jak sklasyfikować tę książkę. Fakt ten jedni mogą uznać za plus, bo sugeruje to pewną dozę niekonwencjonalności, literaturę, która wymyka się schematom. Inni mogą tu upatrywać chaosu i niezdecydowania, bo w końcu co autorka miała na myśli, skoro nie mogła się nawet zdecydować na konkretny gatunek literacki. Ja chyba niestety skłaniam się ku tej drugiej grupie. Być może taki odbiór spowodowany jest konkretnym nastawieniem. Książka wydawała się dość przewidywalna, utrzymana w pewnej konwencji, którą tyle już razy wałkowały popularne horrory, pojawiające się dwa lub trzy razy do roku i różniące jedynie kreacjami kolejnych wschodzących gwiazdek kina, tudzież osóbek na takie wzejście liczących. Scenariusz składający się z konkretnych punktów, oklepany, ale lubiany – z konkretnych powodów. I kiedy całość układała się przez większość czasu po mojej myśli, a chwilami potrafił nawet nieco zaskoczyć, nie jakoś wyjątkowo, ale wystarczająco, przyszło zakończenie. I to zakończenie mnie rozczarowało. Historia skończyła się mdło, jak gdyby autorka nie miała na nie pomysłu? Siły? Sprawiło, że całość nabrała wydźwięku właśnie dramatycznego i straciło cały urok książki grozy, czy nawet kryminału.

No dobrze, ale o czym jest sama książka? O obrazie i to obrazie niezwykłym, bo prawdziwym. I to niestety jest mój kolejny zarzut, ponieważ autorka praktycznie opisuje prawdziwe wydarzenia, jedynie lekko obtaczając je w panierce obyczajowości, historię przeklętego obrazu osadza w historii jednej rodziny, jednej ofiary, która stanie się jednocześnie wybawcą.

Obraz zatytułowany „Płaczący chłopiec”, a raczej grupa obrazów o podobnej tematyce i tytule, istnieje. Są one uznane za przedmioty przeklęte, ponieważ związane są z serią pożarów, które miały miejsce w Wielkiej Brytanii w roku 1985. Do tej pierwszej serii pożarów dochodziły kolejne, aż historia chłopca obrosła w legendę. Sam obraz namalować miał pewien hiszpański artysta, co do którego tożsamości źródła nie są zgodne. Być może był to Franchot Seville, którego podpis odnaleziono na kilku obrazach, ukazujących postacie smutnych i zapłakanych chłopców. Bohater najpopularniejszego z dzieł miał być natomiast sierotą, którego rodzice zginęli właśnie podczas pożaru. Podobno sama obecność dziecka wywoływała pożary i chłopca wkrótce zaczęto nazywać „Diabolo”. Wkrótce po tym, jak Seville ukończył portret, również jego pracownia miała być strawiona przez ogień.  Sam Don Bonillo, bo tak brzmiało imię chłopca, uciekł i do dziś nie wiadomo, jak potoczyły się jego dalsze losy.

Sprawę przeklętych obrazów poruszono po raz pierwszy na łamach brytyjskiej gazety „The Sun”. Jej dziennikarze postanowili nawet zebrać i zniszczyć wszystkie wizerunki chłopca, a wtedy doszło do kolejnego niewytłumaczalnego zdarzenia. Jeden z dziennikarzy, dla żartu, powiesił płaczącego chłopca na ścianie w redakcji. Zdenerwowany redaktor kazał zdjąć feralny obraz i tego samego dnia w jego mieszkaniu wybuchł pożar.

Niektórzy twierdzą, że obraz przedstawiający chłopca jest przeklęty, a samo dziecko wywołuje pożary, bo szuka w nich swoich bliskich. Niektórzy doszukują się tu specjalnego, autorskiego pokrycia obrazu i jego ognioodpornych właściwości. Jeśli jednak kogoś zaciekawi ten wizerunek i jego historia, to z pewnością dowie się więcej z zamieszczonych w internecie artykułów i wzmianek. Samą książkę zostawcie natomiast w spokoju, bo nie jest to pozycja warta tyle uwagi, co historia, na której ją oparto.

foto net

czwartek, 7 kwietnia 2016

Moyou London Festive Plate Collection 12


Niedługo recenzja płytek MoYou London, a tymczasem mała zapowiedź ich możliwości :)


piątek, 25 marca 2016

Książka: Kukułka, Antonina Kozłowska

Każda głupia potrafi zajść w ciążę. Każda umie urodzić. Każda. Słowa ojca dudniły jej w głowie i nawet po jego śmierci okrutnie się z nim kojarzyły. Iwona nie była głupia. Była ambitna, ale potem zaszła w ciążę i była już tylko matką. Matką po złej stronie szyby. A powinna być po tej drugiej, tam gdzie Marta. Ona tez nie była głupia, a jednak nie umiała urodzić. Ta wykształcona wielka pani, której los nie szczędził podarków, nie mogła mieć tej jednej jedynej rzeczy, której nie da się przecież kupić za pieniądze. Rzecz. Pieniądze. Może jednak wszystko na świecie da się sprowadzić do możliwości, jakie daje ulokowanie po odpowiednim osiedlu, nawet dziecko i poród?

Iwona nie rozpaczała. Nie miała na to czasu – dwójka dzieci, praca, matka, która umierała już tak długo, że jej zapewnienia przestały być tak przekonywujące, jak na początku. Czasem tylko ta szyba dzieląca ją od wymarzonego życia przyciągała czoło i kusiła orzeźwiającymi wizjami świata, migoczącego za kilkoma „gdyby tylko”. Marta natomiast rozpaczała w każdej wolnej chwili. Z początku nie było tych chwil tak wiele, ale każde kolejne poronienie przynosiło czas rekonwalescencji, czyli zgrabnie nazwany okres rozmyślania i roztrząsania. Czas męki i udręczenia, czas staczania się w coraz głębszą otchłań poniżenia i niewiary.

Dwie kobiety, dwa osiedla, dwa różne światy. Tak w skrócie można by opisać książkę Kukułka. Byłaby to jednak ocena zbyt powierzchowna, zbyt naiwna, w stosunku do wagi problemu, jaki porusza jej autorka. Co ciekawe, Kukułka sprawia wrażenie pozycji dość łatwej i przyjemnej. Nie jest to kwestia błahego potraktowania kwestii surogatek, ale raczej mocny kontrast, który Antonina Kozłowska buduje, umiejscawiając swoje bohaterki na dwóch przeciwległych krańcach jednej skali. Iwona jest więc samotną matką, niewykształconą, woźną, pracującą dodatkowo po godzinach, aby związać koniec z końcem. Jej dzieci, choć zadbane, wstydzą się swojej sytuacji materialnej, a cała rodzina powoli osuwa się w spiralę rosnących długów. Jednocześnie Iwona tworzy wokół siebie sieć znajomości i przyjaźni, a także silną więź, łącząca ją z dziećmi. Po drugiej stronie jest zdystansowana Marta. Samotna, choć zamężna kobieta sukcesu, która osiągnęła już wszystko, co można osiągnąć własną pracą. Marta jest zadbana, niczego sobie nie odmawia, ale kontakty z ludźmi, znajomymi, czy własną rodziną są dla niej niezwykle trudne. Marta nie ma prawdziwych przyjaciół, a we wszystkie sytuacje towarzyskie zdaje się być niemalże siłą wrzucona i w nich porzucona. Gdzieś pomiędzy tymi dwiema kobietami toczy się spór o sens, możliwość i zasadność zaistnienia instytucji surogatki.

Problem surogatek oficjalnie w Polsce nie istnieje. Jest równie kontrowersyjny, co wiele innych problemów, które stawia przed nami współczesny świat. Osobiście jestem zdania, że nie możemy żyć zasadami skonstruowanymi tysiąc lat temu i powinniśmy korzystać z możliwości, do których przecież sami doszliśmy, dzięki pracy i rozwojowi nauki, że każdy człowiek powinien decydować o sobie i że każda decyzja jest dobra, jeśli nie szkodzi innym. Z drugiej strony problemu surogatek nie da się rozwiązać za pomocą prostego przełożenia dobre – nie dobre, ponieważ angażuje on wiele dodatkowych emocji zaangażowanych stron.

Ta książka zmusza do myślenia i do dyskusji, pozostaje w sercu. Taka powinna być literatura i taką literaturę chcę polecać.


foto net

środa, 23 marca 2016

wyklejanka


To nie jest moja pierwsza naklejka ever, ale chyba pierwsza ever, która wyszła tak ładnie, że mogę ją tu pokazać.


Klucz do sukcesu tkwi w czasie schnięcia! Jakie to niesamowite, że to co wszyscy powtarzają, zawsze trzeba sprawdzić samemu... i to kilka razy, dla pewności pomiaru :P


poniedziałek, 14 marca 2016

piórko, węgiel i biała pastel na szarobrązowym kartonie

Dalszy ciąg technik mieszanych, tym razem w roli głównej Karolina.


szarobrązowy karton, piórko, węgiel, biała pastel

wtorek, 8 marca 2016

piórko, węgiel i biała pastel na papierze pakowym

Dziś pierwsze próby z papierem pakowym...


piórko, węgiel i biała pastel

poniedziałek, 22 lutego 2016

sepia: poznajcie Alę

Sepia to czarnobrązowy barwnik otrzymywany z woreczka czernidłowego mątwy. W mowie potocznej często określamy tym terminem rysunki czy zdjęcia o dużo jaśniejszym czy też rudawym/czerwonawym odcieniu. To z kolei sangwina. 
Obie kredki przypominają bardziej zwartą pastel, ale trudniej je rozcierać. Ciekawie łączą się z kredą i węglem, mniej ciekawie ze sobą na wzajem. Ja dodałam do rysunku różową pastel.


sepia i sucha pastel

sobota, 20 lutego 2016

Książka: Pozostawieni, Tom Perrotta vs Przywróceni, Jason Mott


Dziś recenzja nietypowa, bo podwójna. Nie będę się tez skupiać na samej fabule, bo tę doskonale ujmują przytoczone poniżej notki wydawnicze z obu książek:

Pozostawieni, Tom Perrotta:

Co się stanie, gdy nagle znikną tysiące ludzi? Znikną tak po prostu, nie wydarzy się katastrofa, nie będzie żadnego wypadku ani mordercy-szaleńca? Jak poradzą sobie z tym ci, którzy pozostali?
Trzy lata po tajemniczym zniknięciu dwóch procent ludzkości, mieszkańcy Mapleton muszą odnaleźć się w świecie pogrążonym w żałobie. Pogodzić się z utratą ukochanych, sąsiadów, przyjaciół. Nowy burmistrz, Kevin Garvey próbuje tchnąć w nich ducha walki i nową nadzieję, choć również jego własna rodzina rozpadła w wyniku tragicznych zdarzeń. Jego żona złożyła śluby milczenia i dołączyła do sekty religijnych fanatyków, syn rzucił studia i podążył za samozwańczym prorokiem, a córka w niczym już nie przypomina dawnej pilnej uczennicy.


Przywróceni, Jason Mott:

Na całym świecie ci, których kiedyś kochano, a którzy odeszli na zawsze, w niepojęty sposób powracają na ziemię. Nie mają żadnych nadprzyrodzonych zdolności. Są w wieku, w którym umarli, podczas gdy ich bliscy zdążyli się zestarzeć lub ułożyć sobie życie z kimś innym. Przywróceni pragną tylko jednego – odzyskać dawne życie. To, które odebrała im śmierć.
Żyjący różnie reagują na ich powrót: jedni witają ich z otwartymi ramionami, inni są nieufni, jeszcze inni zrobią wszystko, by się ich pozbyć. Przywróconych zaczyna przybywać. Wszyscy zastanawiają się, ilu jeszcze może wrócić. Świat stopniowo zaczyna ogarniać niepokój, stawiając każdego przed koniecznością dokonywania trudnych wyborów.
Nikt nie wie, jak to możliwe, ani dlaczego tak się dzieje.
Nikt też nie potrafi powiedzieć, czy to cud, czy zapowiedź końca.

A więc jeszcze raz: skąd pomysł na takie porównanie? Bo mam wrażenie, że obie pozycje stoją na przeciwległych końcach tej samej huśtawki, którą w ruch wprawiają podobne uczucia, motywy i postawy. Która wywołuje podobne mechanizmy obronne.

Na początku mamy jedynie dwie sytuacje: po pierwsze powrót osób, które zabrała śmierć. Śmierć w wypadkach, naturalna, oczekiwana i ta tragiczna, przedwczesna. Po drugie mamy masowe zniknięcie, coś, co przez wielu uważane jest za najgorsze z możliwych rozwiązań, coś nieokreślonego, niepewnego, niedomkniętego, tym samym niepozwalającego na pójście o krok dalej, swojego rodzaju hamulec. Mamy też konsekwencje, czyli powrót zmarłych osób i brak konsekwencji, niewyjaśnione, nieodwołalne zniknięcie. Dwie różne sytuacje, a jednak wywołujące tak podobne reakcje. Czemu? Bo obie niewyjaśnione… Ludzki umysł nie lubi zagadek i luk, brakujące klocki za wszelką cenę uzupełnia choćby interwencją sił wyższych. Czemu? Żeby się oswoić, żeby się nie bać, bo to co wyjaśnione jest przewidywalne, a na to co da się przewidzieć można się przecież przygotować. Znamienny jest więc fakt, że w obu książkach pojawia się silny wątek religijny. I nie są to koniecznie tendencje już istniejące, ale również ich odłamy, dziwne karykatury i całkiem nowe twory, opierające się na konkretnych przesłankach, a nawet na samym oporze i sprzeciwianiu się tej Wyższej Nieokreślonej Sile Sprawczej.

Ciekawe jest też zjawisko wzrastającej nieufności i wykluczenia. W sytuacjach zagrożenia instynktownie poszukujemy wsparcia grup, z którymi coś nas łączy - przekonania, doświadczenia lub właśnie wiara. Ci, którzy nie pasują, którzy się wyróżniają, sprzeciwiają ogólnej panice lub wręcz przeciwnie, zupełnie się w niej zatapiają, zostają wykluczeni. Skrajności, które na co dzień stanowią swojego rodzaju urozmaicenie, automatycznie klasyfikowane są jako dodatkowe źródło zagrożenia. Człowiek staje się na powrót zwierzęciem, przerażonym, ufającym grupie, czasem wręcz bezkrytycznie - przestymulowana jednostka zamyka się w sobie i zapętla, szuka i czasem w tych poszukiwaniach błądzi…

Skąd więc pomysł na porównanie? Autorzy obu książek stawiają na drodze ludzkości pewien problem, problem praktycznie nierozwiązywalny, a następnie podają rozwiązanie. Brzmi ono „Radźcie sobie”. Tyle. Obie pozycje to po prostu znakomite studium ludzkich zachowań, psychologii grupy i indywidualnych rozwiązań. I choć same w sobie są dość ciekawe, to w duecie tworzą pewnego rodzaju całość, spojrzenie z dwóch stron, ciekawe, intrygujące i z pewnością zmuszające do refleksji.

foto net

czwartek, 4 lutego 2016

Książka: Ziarno prawdy, Zygmunt Miłoszewski

W każdej legendzie jest ziarenko prawdy. Niczym ziarenko pieprzu, dodaje ono całości pikanterii. Podkręca akcję. Takie ziarenko prawdy, wspomnienie rzeczywistości, sprawia, że zaczynamy się zastanawiać, zadajemy sobie pytanie: A może? Bo może ta, właśnie ta historia, jest prawdziwa? Może jest...

Poranek jak to poranek. Poranki ogólnie nie są zjawiskiem pożądanym, więc taki nieprzyjemny incydent porankowy, okraszony zwłokami, plasuje się już zupełnie poza skalą mierzalności dna. O ile dno da się zmierzyć. Zapewne każdy, kto na owym dnie się znajduje sądzi, że jego jest najgłębsze. No! Z pewnością nie tak głębokie jak to, na którym osiadł Teodor Szacki. Słynny prokurator z Warszawy. Przepraszam, z "warszawki", bo na tej prowincji, to oczywiście nie odróżniają jednego od drugiego i każdy jest dla nich z "warszawki". Myślą, że za karę tu siedzi. Za karę, to on sobie sam to miasto wybrał. Wiosną było tu pięknie. Zakochał się. Sądził że ułoży tu sobie życie na nowo, że wplecie jakoś swoją postać w bajkową panoramę Sandomierza. No i wplótł, ale nie do końca tak, jak sobie to wymyślił.
No cóż. Okolica nie obfitowała w ciekawe sprawy, choć oczywiście kwestią dyskusyjną pozostaje, co dla kogo jest ciekawe. Dla niego już niewiele. Ale ta sprawa go zaintrygowała. Z początku również dość mocno irytowała, ale przez cały czas coś mu tu nie pasowało, coś nie grało. Jakaś fałszywa nutka, którą zignorował porwany dalszą, bezbłędną grą muzyka. Coś co niczym ziarenko prawdy powracało wciąż przypadkowo przegryzane.

Być może to błąd czytać książkę po obejrzeniu jej adaptacji, szczególnie tak wiernej, ale tak się właśnie stało. W moim odczuciu dodało to fabule jakiegoś namacalnego wymiaru, jakiejś iskry realności i choć zazwyczaj książka zdecydowanie wygrywa z większością kinematograficznych wyczynów, to przyznam, że w przypadku Ziarna prawdy, przemawiają do mnie obie jej formy. Co więcej, już po tej jednej pozycji jestem w stanie wpisać się na listę fanów Zygmunta Miłoszewskiego i z chęcią nadrobię moje braki czytelnicze, jeśli chodzi o twórczość tego właśnie autora.

To co pozytywnie mnie zaskoczyło, to fakt, że nie jest to pozycja ugrzeczniona, ale jednocześnie nie jest wulgarna jak wiele innych kryminałów. W książce nie brak przekleństw czy opisów zbrodni, ale to wszystko jakoś tu pasuje. Wypowiedzi bohaterów, to co się między nimi dzieje jest naturalne i całość nie razi naciąganą historyjką policyjną i przestylizowanym językiem. Ciekawym zabiegiem jest też mylenie czytelnika, bo oczywiście najlepszy kryminał to taki, którego nie jesteśmy w stanie rozwiązać po 5 stronach i to czytanych niezbyt uważnie. Zazwyczaj czytelnik po prostu zbiera fakty wraz z prowadzącym go po miejscach zbrodni bohaterem, by na koniec wspólnie z nim rozwiązać zagadkę. Tu zagadka jest już dawno rozwiązana, tylko nikt o tym nie wie. Sama otoczka żydowskich wierzeń i tradycji – potrawa, w której musimy odnaleźć nasze ziarenko pieprzu – również sprawia, że książkę czyta się z prawdziwym zaciekawieniem. Tu rzeczywiście historia przeplata się z teraźniejszością, a autor zwraca uwagę na wiele ciekawych aspektów społecznych: poczucie tożsamości narodowej, antysemityzm, skrzętnie ukrywane uprzedzenia, jedynie czekające na chwilę, kiedy zdezorientowany właściciel spuści je ze smyczy.

Ziarno prawdy warto przeczytać i warto obejrzeć.

foto net

wtorek, 26 stycznia 2016

tusz, lawowanie i piórko

Malowanie, rysowanie i szkicowanie dłoni i stóp, to chyba najciekawsze zajęcie dla każdego amatora popisów graficznych. Szczególnie, jeśli obrazek wykonuje się w technice, która nie pozwala na żadnego rodzaju poprawki. Dziś mała próbka w tuszu. Kontur wykonany piórkiem, wypełnienie to lawowanie pędzlem.


piątek, 22 stycznia 2016

przeźrocza


Obawiam się, że zbyt niedaleko do jakże brutalnie wdzierających się w nasze europejskie, pełne trosk życie, Walentynek (święta związanego z postacią Św Walentego, wg tradycji chrześcijańskiej kojarzonego z ciężkimi chorobami, w tym umysłowymi... choć do miłości stąd już niedaleko), aby to mani obeszło się bez walentynkowych skojarzeń... No cóż, czasem coś dzieje się bez przyczyny, a ocenę efektu końcowego pozostawiam Wam :)


wtorek, 19 stycznia 2016

karnawałowe ptaszyska




ocena:
W oczekiwaniu na kilka pazurkowych nowości, wyciągam z mojego magicznego pudełeczka kolejne magiczności, których jeszcze nie miałam okazji użyć. Tym razem padło na płytkę BP 58, która nieco mnie rozczarowała. Standardowa okrągła płytka, o średnicy 55 mm, poświęcona jest ptasiej tematyce i wygląda na prawdę pięknie. Pojedyncze piórka, które próbnie odbijałam, z pewnością jeszcze wykorzystam. Gorzej ze wzorami całopaznokciowymi. Wiem! Wiem! Powiecie, że przecież tyle ładnych mani, z tymi ptaszołkami na przewodach... No niestety, ja zadowolona nie jestem: wzór jest mało rozpoznawalny, na moich krótkich paznokietkach mieści się tak w sumie nijak, te ptaszki jakby za duże i jakby za daleko od siebie...

Nie mówię, że zrobiłam wszystko poprawnie - lubię BP 58 i dlatego będę jeszcze próbować, ale czarno to wszystko widzę O.o

niedziela, 10 stycznia 2016

Książka: Na Syberię, Per Petterson

Chłód i Jesper. To oni towarzyszyli mi całe życie, odkąd pamiętam, odkąd mogę pamiętać. Nie mam imienia. W tej opowieści nie jest mi potrzebne, bo długo jestem tylko jej narratorem, jakbym stanowiła dodatek do fabuły, a moim zadaniem było jedynie zapamiętanie. Istnieję dzięki mojemu starszemu bratu i nieustającemu uczuciu chłodu. 

Jestem chłopczycą i rozczarowaniem. Choć mam najlepsze stopnie w klasie i piękne, brązowe loki, nie spełniam oczekiwań mojej bogobojnej, religijnej matki. Z resztą, spełniałabym je pewnie tylko, gdybym zmieniła się w samego Jezusa na Krzyżu... Dla ojca z kolei nie istnieję. Są oczywiście pewne znaki, świadectwa, pewne chwile, które pozwalają mi przypuszczać, że fakt posiadania dwójki dzieci jest mu znany. Wydaje się jednak nie być to fakt zbyt istotny. 

Żyliśmy spokojnie, na naszym skraju Danii, który długo był całym moim światem, mimo że plany zakładały zmianę tej sytuacji. Kiedyś, w przyszłości, A potem nadeszła wojna. Wkroczyła dudniącymi od niemieckich oddziałów i pojazdów drogami; przedarła się przez granice śmiercią pięciu duńskich żołnierzy. Podobno zainscenizowaną, zaplanowaną, tak twierdził Jasper. To wtedy zaczęłam zauważać samą siebie. Byłam dumna i nieustępliwa. Matka przepowiadała, że taka wywyższająca się pannica będzie zawsze sama. Ale ja się nie wywyższałam i wcale nie byłam sama. Byłam sobą i nie chciałam o nic prosić. Nie chciałam też, żeby Jasper wyjechał z Danii. Musiał, a ja to zrozumiałam.

Po wojnie wyjechałam i ja, choć nie na Syberię o której marzyłam. Oboje zniknęliśmy, ale ja krążyłam wciąż blisko domu, kraju, naszego zakątka świata. On zaś wkroczył całą swoją młodością i werwą do Maroka, o którym marzył już od dziecka. Rozdzieliliśmy się. Ja w końcu wróciłam, on nie...

Ta historia wnika w czytelnika, niczym sączący się przez okienną szparę chłód, wciąż towarzyszący głównej bohaterce, której imienia nie znamy, To też historia jak wiele innych, jedna z, powtarzalna - niepowtarzalna, zwykła i niezwykła zarazem. To opowieść o rodzinie z małego miasteczka: rodzice, dwójka dzieci, dziadkowie, wujostwo. Każdy z własnymi problemami, każdy zapatrzony w siebie, każdy niewysłuchany i niezrozumiany, niezrealizowany, każdy będący czyimś rozczarowaniem, każdy jakby bez głosu, jakby ten chłód zamienił się w mróz i skuł lodem wszystkie niewypowiedziane pretensje i żale, aby nigdy nie wydostały się z ich gardeł.

Czytając Na Syberię odwiedzamy tak na prawdę kilka współistniejących światów, bo każdy opisywany przez narratorką bohater żyje we własny. Niby to się wszystko łączy, bo przecież razem jedzą, razem mieszkają, ale znów jakby osobno, jakby nic prócz tych formalności ich nie łączyło. I to dodatkowo potęguję uczucie chłodu, sprawia, że nic nie jest nas w stanie ogrzać, ale też że czytamy. Czytamy, bo chcemy w końcu znaleźć tę iskierkę, zapowiedź ciepła, coś co roznieci w tym chłodnym krajobrazie pożar. Ale przyzwyczajona do zimna bohaterka zdaje się w dorosłym życiu świadomie przysypywać białym puchem tlącą się nadzieję. Zamyka się w sobie i czytelnik ma wrażenie, jakby obcował z dojrzałą już kobietą, stanowczą, opanowaną i chłodną, mimo że swoją opowieść kończy w wieku zaledwie 24 lat.

Tę nostalgiczną, napisaną pięknym językiem historię polecam na spokojny, zimowy wieczór, a sama z pewnością sięgnę po kolejne książki Per Pettersona.

foto net

czwartek, 7 stycznia 2016

biało na niebieskim



ocena:
BP 17 to standardowa płytka o średnicy 55 mm. Podzielone na ćwiartki kółeczko wypełniają kwiatowe wzory. Trzy z nich to wzory przeznaczone na cały paznokieć; jest tu wzór typowo "kanapowy", taki, przypominający ludowe hafty oraz geometryczny.

Jest też część z pojedynczym wzorem kwiatków i otaczających je zawijasów-gałązek.

Przyznam, że ta płytka była dla mnie zaskoczeniem - zupełnie nie pamiętam momentu, w którym się na nią decydowałam, szczególnie, że kwiatki to nie moja bajka. Ale stemplowanie okazało się być bardzo przyjemne. Wzory doskonale się odbijają i są po prostu efektowne. Ta płytka zapewne jest już własnością niejednej miłośniczki stemplowania - tym wciąż niezdecydowanym podpowiadam: WARTO!


wtorek, 5 stycznia 2016

tusz, lawowanie: cebulka

A na Nowy Rok cebulka malowana tuszem...

Lawowanie tuszem polega na nakładaniu na papier tuszu i wody, w celu uzyskania plam barwnych. Ruchy powinny być tu zdecydowane, a między nakładaniem kolejnych warstw można pozwolić im wyschnąć (wtedy kontury są wyraźniejsze) lub malować na jeszcze mokrej powierzchni (przejścia są wtedy delikatniejsze, bardziej rozmyte). Miejsca, które mają pozostać białe, można zamarkować np świecą...


tusz i świeca