czwartek, 4 lutego 2016

Książka: Ziarno prawdy, Zygmunt Miłoszewski

W każdej legendzie jest ziarenko prawdy. Niczym ziarenko pieprzu, dodaje ono całości pikanterii. Podkręca akcję. Takie ziarenko prawdy, wspomnienie rzeczywistości, sprawia, że zaczynamy się zastanawiać, zadajemy sobie pytanie: A może? Bo może ta, właśnie ta historia, jest prawdziwa? Może jest...

Poranek jak to poranek. Poranki ogólnie nie są zjawiskiem pożądanym, więc taki nieprzyjemny incydent porankowy, okraszony zwłokami, plasuje się już zupełnie poza skalą mierzalności dna. O ile dno da się zmierzyć. Zapewne każdy, kto na owym dnie się znajduje sądzi, że jego jest najgłębsze. No! Z pewnością nie tak głębokie jak to, na którym osiadł Teodor Szacki. Słynny prokurator z Warszawy. Przepraszam, z "warszawki", bo na tej prowincji, to oczywiście nie odróżniają jednego od drugiego i każdy jest dla nich z "warszawki". Myślą, że za karę tu siedzi. Za karę, to on sobie sam to miasto wybrał. Wiosną było tu pięknie. Zakochał się. Sądził że ułoży tu sobie życie na nowo, że wplecie jakoś swoją postać w bajkową panoramę Sandomierza. No i wplótł, ale nie do końca tak, jak sobie to wymyślił.
No cóż. Okolica nie obfitowała w ciekawe sprawy, choć oczywiście kwestią dyskusyjną pozostaje, co dla kogo jest ciekawe. Dla niego już niewiele. Ale ta sprawa go zaintrygowała. Z początku również dość mocno irytowała, ale przez cały czas coś mu tu nie pasowało, coś nie grało. Jakaś fałszywa nutka, którą zignorował porwany dalszą, bezbłędną grą muzyka. Coś co niczym ziarenko prawdy powracało wciąż przypadkowo przegryzane.

Być może to błąd czytać książkę po obejrzeniu jej adaptacji, szczególnie tak wiernej, ale tak się właśnie stało. W moim odczuciu dodało to fabule jakiegoś namacalnego wymiaru, jakiejś iskry realności i choć zazwyczaj książka zdecydowanie wygrywa z większością kinematograficznych wyczynów, to przyznam, że w przypadku Ziarna prawdy, przemawiają do mnie obie jej formy. Co więcej, już po tej jednej pozycji jestem w stanie wpisać się na listę fanów Zygmunta Miłoszewskiego i z chęcią nadrobię moje braki czytelnicze, jeśli chodzi o twórczość tego właśnie autora.

To co pozytywnie mnie zaskoczyło, to fakt, że nie jest to pozycja ugrzeczniona, ale jednocześnie nie jest wulgarna jak wiele innych kryminałów. W książce nie brak przekleństw czy opisów zbrodni, ale to wszystko jakoś tu pasuje. Wypowiedzi bohaterów, to co się między nimi dzieje jest naturalne i całość nie razi naciąganą historyjką policyjną i przestylizowanym językiem. Ciekawym zabiegiem jest też mylenie czytelnika, bo oczywiście najlepszy kryminał to taki, którego nie jesteśmy w stanie rozwiązać po 5 stronach i to czytanych niezbyt uważnie. Zazwyczaj czytelnik po prostu zbiera fakty wraz z prowadzącym go po miejscach zbrodni bohaterem, by na koniec wspólnie z nim rozwiązać zagadkę. Tu zagadka jest już dawno rozwiązana, tylko nikt o tym nie wie. Sama otoczka żydowskich wierzeń i tradycji – potrawa, w której musimy odnaleźć nasze ziarenko pieprzu – również sprawia, że książkę czyta się z prawdziwym zaciekawieniem. Tu rzeczywiście historia przeplata się z teraźniejszością, a autor zwraca uwagę na wiele ciekawych aspektów społecznych: poczucie tożsamości narodowej, antysemityzm, skrzętnie ukrywane uprzedzenia, jedynie czekające na chwilę, kiedy zdezorientowany właściciel spuści je ze smyczy.

Ziarno prawdy warto przeczytać i warto obejrzeć.

foto net

1 komentarz:

  1. Polecam pozostałe części trylogii o Szackim, ale ponad wszystko Bezcenny :) Mi właśnie ta książka Miłoszewskiego najbardziej przypadła do gustu. Myślę, że może Ci się spodobać :)

    OdpowiedzUsuń

lubię, jak zostawiacie mi komentarze :3