czwartek, 21 kwietnia 2016

Książka: Płaczący chłopiec, Agnieszka Bednarska

Horror, fantasy, dramat z elementami fantasy? Sama nie wiem jak sklasyfikować tę książkę. Fakt ten jedni mogą uznać za plus, bo sugeruje to pewną dozę niekonwencjonalności, literaturę, która wymyka się schematom. Inni mogą tu upatrywać chaosu i niezdecydowania, bo w końcu co autorka miała na myśli, skoro nie mogła się nawet zdecydować na konkretny gatunek literacki. Ja chyba niestety skłaniam się ku tej drugiej grupie. Być może taki odbiór spowodowany jest konkretnym nastawieniem. Książka wydawała się dość przewidywalna, utrzymana w pewnej konwencji, którą tyle już razy wałkowały popularne horrory, pojawiające się dwa lub trzy razy do roku i różniące jedynie kreacjami kolejnych wschodzących gwiazdek kina, tudzież osóbek na takie wzejście liczących. Scenariusz składający się z konkretnych punktów, oklepany, ale lubiany – z konkretnych powodów. I kiedy całość układała się przez większość czasu po mojej myśli, a chwilami potrafił nawet nieco zaskoczyć, nie jakoś wyjątkowo, ale wystarczająco, przyszło zakończenie. I to zakończenie mnie rozczarowało. Historia skończyła się mdło, jak gdyby autorka nie miała na nie pomysłu? Siły? Sprawiło, że całość nabrała wydźwięku właśnie dramatycznego i straciło cały urok książki grozy, czy nawet kryminału.

No dobrze, ale o czym jest sama książka? O obrazie i to obrazie niezwykłym, bo prawdziwym. I to niestety jest mój kolejny zarzut, ponieważ autorka praktycznie opisuje prawdziwe wydarzenia, jedynie lekko obtaczając je w panierce obyczajowości, historię przeklętego obrazu osadza w historii jednej rodziny, jednej ofiary, która stanie się jednocześnie wybawcą.

Obraz zatytułowany „Płaczący chłopiec”, a raczej grupa obrazów o podobnej tematyce i tytule, istnieje. Są one uznane za przedmioty przeklęte, ponieważ związane są z serią pożarów, które miały miejsce w Wielkiej Brytanii w roku 1985. Do tej pierwszej serii pożarów dochodziły kolejne, aż historia chłopca obrosła w legendę. Sam obraz namalować miał pewien hiszpański artysta, co do którego tożsamości źródła nie są zgodne. Być może był to Franchot Seville, którego podpis odnaleziono na kilku obrazach, ukazujących postacie smutnych i zapłakanych chłopców. Bohater najpopularniejszego z dzieł miał być natomiast sierotą, którego rodzice zginęli właśnie podczas pożaru. Podobno sama obecność dziecka wywoływała pożary i chłopca wkrótce zaczęto nazywać „Diabolo”. Wkrótce po tym, jak Seville ukończył portret, również jego pracownia miała być strawiona przez ogień.  Sam Don Bonillo, bo tak brzmiało imię chłopca, uciekł i do dziś nie wiadomo, jak potoczyły się jego dalsze losy.

Sprawę przeklętych obrazów poruszono po raz pierwszy na łamach brytyjskiej gazety „The Sun”. Jej dziennikarze postanowili nawet zebrać i zniszczyć wszystkie wizerunki chłopca, a wtedy doszło do kolejnego niewytłumaczalnego zdarzenia. Jeden z dziennikarzy, dla żartu, powiesił płaczącego chłopca na ścianie w redakcji. Zdenerwowany redaktor kazał zdjąć feralny obraz i tego samego dnia w jego mieszkaniu wybuchł pożar.

Niektórzy twierdzą, że obraz przedstawiający chłopca jest przeklęty, a samo dziecko wywołuje pożary, bo szuka w nich swoich bliskich. Niektórzy doszukują się tu specjalnego, autorskiego pokrycia obrazu i jego ognioodpornych właściwości. Jeśli jednak kogoś zaciekawi ten wizerunek i jego historia, to z pewnością dowie się więcej z zamieszczonych w internecie artykułów i wzmianek. Samą książkę zostawcie natomiast w spokoju, bo nie jest to pozycja warta tyle uwagi, co historia, na której ją oparto.

foto net

1 komentarz:

  1. Sama historia mnie bardzo zaintrygowała. Muszę poczytać o tym w internecie.

    OdpowiedzUsuń

lubię, jak zostawiacie mi komentarze :3