sobota, 4 czerwca 2016

a trip to: Wilno


Wilno nie zachwyciło mnie tak jak tego oczekiwałam. Choć jedzenie było dobre, widoki zacne i towarzystwo też niczego sobie, to do tego miejsca już raczej nie powrócę...


Co zobaczyć?

Wilno to miasto kościołów i to bardzo zróżnicowanych, zarówno pod względem architektury, wystroju, wyznania, jak i samego stanu zachowania. Niektóre z nich, prócz funkcji sakralnej, stały się też miejscami kultury.




Dzielnica Żydowska jest mała, ale za to pełna jedzenia, sklepów vintage i rękodzieła.



Zawodzie to artystyczna dusza tego miasta. Tu po prostu trzeba pobyć, usiąść, trochę się zgubić.




Murale, instalacje i detale (czasem dziwaczne) to również część Wilna, na którą nie zawsze zwracamy uwagę - a warto :)



Co zjeść?

W Wilnie królują przystawki. Są oczywiście specjalne talerze lokalnych serów czy mięs (słynne wędzone świńskie uszy były grane podczas wyjazdu, ale ostatecznie pozostały na talerzu), jednak warto zwrócić również uwagę na inne, ciekawe pozycje, jak bruchetty z pastami i pasztetem własnego wyrobu.


Oprócz obowiązkowych zepelinów (mięsnych lub serowych), serwowanych w knajpkach z lokalną kuchnią, w Wilnie znajdą się również potrawy kuchni gruzińskiej czy żydowskiej. Jeśli chodzi o tę ostatnią to polecam Beigelistai, gdzie precle są pyszne, a kawa wręcz cudowna.



czwartek, 2 czerwca 2016

Książka: Oczyszczenie, Andrew Miller

Czy place budowy są przygnębiające? A place destrukcji? A jeśli tak, to czyż ta destrukcja, te unicestwienie nie służy jakiejś przyszłej idei? Czyż nie ma tam celu? Zamysłu? Czy nikt nad tym nie czuwa? Bo przecież ktoś musi.

Jean-Baptiste Baratte to doprawdy utalentowany młody człowiek. Inżynier. A to przecież coś znaczy. To dla niego ogromna szansa. I oczywiście, nie ma tu miejsca na skrupuły. Jeśli nie on, to kto? Ktoś inny, to rzecz jasna. Nie może więc odmówić, choć całe przedsięwzięcie nie napawa optymizmem. Ba! Z pewnością nie będzie chwalił się tym projektem. A przynajmniej na razie. Lepiej zachować to w tajemnicy. Oczywiście nie jest to coś zdrożnego, inaczej w ogóle nie byłoby o tym mowy. Przecież oddaje to miejsce w ręce ludu, to praca dla społeczeństwa, dla społeczności; jest tam więc jakiś wyższy cel, jakieś dobro, które osiągnie na końcu drogi. Choć droga będzie to z pewnością wyboista. Ale cicho sza! Nic nikomu nie mówić. Bo chociaż cmentarz stał się już dawno uciążliwy, zarówno dla miasta, jak i dla bezpośrednich swoich sąsiadów, to cmentarzem wciąż pozostaje. I choć sąsiedztwo wyżej już wspomniane, z pewnością będzie później ukontentowane, to samo przedsięwzięcie może wzbudzić pewne… niepokoje. Bo to jednak zmarli. Czyż nie należy im się wieczny spoczynek? Czyż nie za nimi już te wszystkie przeprowadzki, podróże, przemieszczanie się jako takie? Czyż nie powinni mieć wiekuistego spokoju? Ależ przecież będą go mieć; kości zostaną godnie przetransportowane w inne, uświęcone miejsce. Pojadą wozami, pod eskortą modlących się mnichów. Nocą. Nie z powodu tajemnicy. Po prostu. Dla ogólnego spokoju. Spokoju tych wciąż żywych…

Tuż przed wybuchem Rewolucji Francuskiej Paryż borykał się z ogromnym problemem przepełnionych cmentarzy miejskich. Tak na prawdę była to bolączka wielu europejskich stolic, ale chyba tylko francuska metropolia zmagała się z nią na taką skalę. I nie chodziło jedynie o zapach, wciąż unoszący się nad mogiłami, o wyziewy, które wkrótce uznano za trujące, czy w końcu zanieczyszczenie gleby i wód gruntowych, o czym dopiero zaczynano mieć pojęcie. Kroplą, która przepełniła czarę goryczy byli sami zmarli, dosłownie zabierający miejsce żywym. Kiedy po ulewnych deszczach niezabezpieczone, podmyte groby zaczęły uwalniać tych, którzy powinni pozostać w nich już na zawsze, a szczątki posypały się do mieszczańskich piwnic, posypała się również lawina protestów, petycji i niepokojących raportów, a władze postanowiły działać. W roku 1765 rada miasta zakazała tworzenia nowych nekropolii w obrębie murów Paryża, a pięć lat po zamknięciu Cmentarza Niewiniątek, w roku 1785 dokonano na nim ekshumacji i oczyszczenia placu. Miejsce to miało zostać odzyskane dla miasta i jego mieszkańców. Ostatecznie powstał tu targ warzywny i fontanna, a Plac zachował nazwę po dawnym cmentarzu.

Andrew Miller opisuje proces likwidacji cmentarza w sposób niezwykły, bo nie jest to suche opracowanie naukowe czy reportaż, ale subiektywne spojrzenie fikcyjnej postaci, odpowiedzialnego za przedsięwzięcie inżyniera. Wraz ze znikającym miejscem spoczynku znika też postać Jeana-Baptista, młodego prowincjusza, którego poznaliśmy na początku powieści. Ta niezwykła symbioza miasta z człowiekiem, którą obserwujemy również dzięki charakterystyce innych postaci, tworzy nieco przytłaczający i ciężki klimat książki, którą zdecydowanie polecam.

*w 2011 roku za książkę Oczyszczenie Andrew Miller otrzymał nagrodę Costa Book of the Year Award.